Nie chciał jej mówić o tym, że stracili w górach jednego człowieka.Nie chciał jej mówić o tym, że jej wierzchowiec ucierpiał.Nie chciał jej mówić o tym, że być może nigdy nie opanuje żywiołu.Nie chciał jej mówić o tym, że nigdy nie będą razem.Jej śliczne, niebieskie oczy, jej słodkie różowe usta, jej piękne blond włosy...To wszystko mu zabraniało.Teraz to boskie stworzenie spało u jego boku.Jest zimno w komnacie, ale nie takie mrozy musiał przetrzymać.Rozległo się ostrożne pukanie.Wrota się rozwarły, a zza nich wyłoniła się staruszka.
-Przyszłam sprawdzić jak się miewa księżniczka -rzekła chrypiącym szeptem- Zbudź ją, Einarze.Niech położy się w swojej sypialni.
-Zaniosę ją.Wiem gdzie jest jej pokój. -popatrzył na kobietę.
Ta lekko zmarszczyła czoło, popatrzyła się niepewnie, ale ostatecznie kiwnęła głową.
Komnata księżniczki mieściła się w Wysokiej Wieży.Szczęściem Cathrine była lekka jak piórko, więc wnoszenie jej nie sprawiało problemu.
Morderstwo w Snoberg
wtorek, 16 września 2014
CATHRINE
Wpatrywała się pusto w ściany komnaty.Po raz kolejny skute lodem.Łzy spływały jej po policzkach, dopóki nie zamarzły.Krople na twarzy tworzyły siatkę, przypominającą perły.Oddech był dziwnie spokojny, ale ciężki.Powietrze w płucach odbijało się echem.Oczy były teraz tylko szklanymi kulkami, wbitymi w czarne oczodoły.Spierzchnięte usta drżały, co jakiś czas układając się w dziwny grymas.Korona na głowie ciążyła jak nigdy dotąd.Tron był w każdym calu pokryty szronem.Wszystko komponowało się w lodowy krajobraz.Niepożądany lodowy krajobraz.W komnacie rozległo się ciche stukanie.
-Wejść -rzuciła sucho.Automatycznie uniosła lekko kąciki ust, i wierzchem dłoni starła łzy.
We wrotach komnaty stanął Einar.Dwudziestopięcio-letni mężczyzna, brązowooki, z ciemno- brązową czupryną.Mimo zmęczenia malującego się na twarzy nadal był przystojny.Na dodatek zawsze te same ubrania.Czarny, skórzany płaszcz z podszewką z króliczej sierści, wełniane spodnie do jazdy konnej zabarwione na mahoń oraz wytrzymałe kozaki ocieplane futrem...sama nie pamiętała już czego.Mimo licznych poddanych, Einar był jej jedynym prawdziwym oparciem w królestwie.
-Co cię tu sprowadza? -rzekła załamującym się.Dobrze wiedziała, dlaczego tu jest.
-Królowo...
-Einar, mów mi po imieniu.To rozkaz.
-Więc...Cathrine.Dobrze wiesz, co się stało.Jako obecna królowa zostałaś o tym poinformowana jako pierwsza.Niefortunnie zdarzyło się to podczas nieobecności twoich rodziców. -zaczął- Nie udało nam się dogonić zabójców.Podejrzewamy o to plamię z Ziem Zachodnich.Nie jesteśmy pewni dokładnie dlaczego to zrobili.
-Dziękuję za to, że przyszedłeś.Podejdź tu. -połykała łzy, starając się nie wybuchnąć płaczem.
Einar o mało co nie wywrócił się na lodowej posadzce.Gdy stał z nią niemalże twarzą w twarz, rzuciła mu się na szyję.Łzy rzęsiście pociekły po policzkach.Całe ciało drżało, nie mogąc się uspokoić.Nie chciała się z nim rozstawać już nigdy więcej.Znajdowała ciepło i współczucie w jego ramionach.Kochała go, wiedząc, że i tak za niego nie może wyjść.I on o tym wiedział.
-Do tego znów lód wyszedł spod kontroli -na chwilę się od siebie oderwali.
Kucnęła na ziemi, on zrobił to samo.Była szczerze załamana.Przytulił ją po raz kolejny.Zwiadowca ze Snoberg nigdy nie wyjdzie za księżniczkę.
-Nie przejmuj się...Cath.Uda ci się go kiedyś w pełni opanować.Obiecuję ci to.Będziesz najlepszą królową i władczynią lodu w całym kraju.Co ja mówię, na całym świecie.
Brązowe oczy uśmiechały się pocieszająco.Mężczyzna oparł się plecami o tron, a księżniczka położyła się obok niego.Rozmawiali jeszcze chwilę, ale znużył ją sen.
-Wejść -rzuciła sucho.Automatycznie uniosła lekko kąciki ust, i wierzchem dłoni starła łzy.
We wrotach komnaty stanął Einar.Dwudziestopięcio-letni mężczyzna, brązowooki, z ciemno- brązową czupryną.Mimo zmęczenia malującego się na twarzy nadal był przystojny.Na dodatek zawsze te same ubrania.Czarny, skórzany płaszcz z podszewką z króliczej sierści, wełniane spodnie do jazdy konnej zabarwione na mahoń oraz wytrzymałe kozaki ocieplane futrem...sama nie pamiętała już czego.Mimo licznych poddanych, Einar był jej jedynym prawdziwym oparciem w królestwie.
-Co cię tu sprowadza? -rzekła załamującym się.Dobrze wiedziała, dlaczego tu jest.
-Królowo...
-Einar, mów mi po imieniu.To rozkaz.
-Więc...Cathrine.Dobrze wiesz, co się stało.Jako obecna królowa zostałaś o tym poinformowana jako pierwsza.Niefortunnie zdarzyło się to podczas nieobecności twoich rodziców. -zaczął- Nie udało nam się dogonić zabójców.Podejrzewamy o to plamię z Ziem Zachodnich.Nie jesteśmy pewni dokładnie dlaczego to zrobili.
-Dziękuję za to, że przyszedłeś.Podejdź tu. -połykała łzy, starając się nie wybuchnąć płaczem.
Einar o mało co nie wywrócił się na lodowej posadzce.Gdy stał z nią niemalże twarzą w twarz, rzuciła mu się na szyję.Łzy rzęsiście pociekły po policzkach.Całe ciało drżało, nie mogąc się uspokoić.Nie chciała się z nim rozstawać już nigdy więcej.Znajdowała ciepło i współczucie w jego ramionach.Kochała go, wiedząc, że i tak za niego nie może wyjść.I on o tym wiedział.
-Do tego znów lód wyszedł spod kontroli -na chwilę się od siebie oderwali.
Kucnęła na ziemi, on zrobił to samo.Była szczerze załamana.Przytulił ją po raz kolejny.Zwiadowca ze Snoberg nigdy nie wyjdzie za księżniczkę.
-Nie przejmuj się...Cath.Uda ci się go kiedyś w pełni opanować.Obiecuję ci to.Będziesz najlepszą królową i władczynią lodu w całym kraju.Co ja mówię, na całym świecie.
Brązowe oczy uśmiechały się pocieszająco.Mężczyzna oparł się plecami o tron, a księżniczka położyła się obok niego.Rozmawiali jeszcze chwilę, ale znużył ją sen.
niedziela, 14 września 2014
EINAR
Koń był już porządnie spocony, mimo to nadal cwałowali przez pokryte śniegiem pola.Ślad był jeszcze świeży.Podkreślały go małe, czerwone plamki biegnące wzdłuż odcisków kopyt.Einar wraz z grupą towarzyszy gonili ich grubo ponad godzinę.Dosyć.Siwek zaczął zwalniać, unosząc wysoko głowę.Pod nogami chrzęścił śnieg.Całe ciało konia parowało, a żyły, które wypełzły na wierzch, stały się nabrzmiałe.I tak by ich nie dogonili.Nie było szans.Niedbale zapięty popręg dawał znać o sobie.Przy każdym kroku zwierzęcia siodło przesuwało się to w lewo, to w prawo, obcierając brzuch.
-Mistrzu, powinieneś poprawić popręg.
Niebieskie oczy wpijały się w jego twarz.Zimny wzrok zamrażał wszystko, co napotkał na swojej drodze.Einar naciągnął kołnierz wyżej, zmarszczył czoło i zamknął oczy.Cholerny dzieciak miał rację.W biegu komfort zwierzęcia i jego własne bezpieczeństwo zostały wyparte przez chęć złapania morderców.Truchła pewnie zaczynają się już palić na gigantycznym stosie.Zatrzymał konia, i zgrabnie obrócił go w przeciwstawnym kierunku.
-Zawracamy -rzucił sucho.
Mężczyźni i chłopcy ożywili się, wyrwani z zamyśleń.Jeden jedyny William nie zatrzymał konia.Chłopak miał nos i usta schowane w grubym szalu, ale wzrok krzyżował się ze wzrokiem mistrza.Gdy koń Willa był na wysokości zadu siwka, Einar dał impuls zwierzęciu, by to się cofnęło.Gdy konie otarły się o siebie, siwek odrzucił tylne nogi w tył.Gniadosz młodego chłopaka zatańczył na zadzie, i wręcz poleciał w tył, zatrzymując się na zaspie śniegu.William nie pokazywał żadnych oznak strachu czy przejęcia.Po prostu docisnął łydki do boków zwierzęcia, i to ruszyło na przód, wymijając bandę ludzi.Jeden z mężczyzn chciał zaprotestować, ale Einar uciszył go krótkim syknięciem.
-Co wiesz, synu rzeźnika, o podróżach konnych podczas zamieci śnieżnych?Co wiesz o przetrwaniu na białym pustkowiu?Co wiesz o mordercach? -rzucił za chłopakiem, cudem wydobywając głos z gardła.
Chrypę dobił śnieg, wsypujący się do krtani.Einar nie miał siły na choć jedno słowo więcej.Albo chłop zawróci teraz, albo przepadnie na zawsze.Siwek pchnięty łydkami ruszył na przód, przecinając grupę jeźdźców.Nikt więcej się nie przeciwstawiał.Einar obrócił się dyskretnie.Jednego głupca mniej.
Na Pierwszym Placu panowało wielkie poruszenie.Wszyscy krzątali się.Panował ogólny chaos.Strażnicy próbowali zatrzymać tłumy gapiów, dobijające się do bram.Dzieci skakały po dachach co niższych domów, goniąc za kotami.Psy szczekały głośno klucząc między całym tym bałaganem.Nikt nie zwracał uwagi na grupę jeźdźców, dopóki nie zmusili koni do galopu.To doprawdy irytujące.Ludzie, którzy nie usunęli się w porę, ginęli pod kopytami.Ileż to razy Einar musiał oglądać ten widok?Szczęściem strażnik ich wypatrzył.Solidne, wysokie wrota w kolorze mahoniu rozstąpiły się na tyle, by przepuścić jeźdźców jadących gęsiego.
Za bramą panowało równie duże poruszenie.Wszędzie krzątali się medycy i znachorzy, stajenni usiłowali przeprowadzać konie do innych stajni, by uniknąć paniki jeszcze większej niż ta trwająca wówczas.Strażnicy biegali to tu to tam,chrzęszcząc zbrojami, wykrzykując przekleństwa.Służki uciekały w popłochu przed biegającymi luźno wierzchowcami, niczym sarny przed wilkiem.Do Einara podszedł starszy człowiek.Chodź ma swoje lata i młodo nie wygląda, nadal jest krzepki jak młodzieniec.Przejął wodze od mężczyzny.
-Znowuż popręgu nie dopiąłeś? -pytająco stwierdził staruszek- I co z ciebie wyrośnie?
-Edwardzie, ile razy ci mówiłem, żebyś mi uwagi nie zwracał? -zsiadł z konia- Jeszcze żadnemu nic się nie stało.
Koń szarpnął głową z siłą godną byka, ale Edward utrzymał go.
-A ty co Dahili, znów mnie testujesz? -zaśmiał się- Jak źrebak, jak źrebak!
Zwierzę zarżało donośnie, stawiając uszy.Mężczyzna wraz z koniem oddalił się w stronę stajni.Einar został sam pośród generalnego chaosu.Wewnętrzne strony murów zamku Snoberg mimo swojej zimnej bieli tworzyły niewytłumaczalne ciepło, atmosferę.Wszystko było solidne i proste, bez większych zdobień.Zamek był położony na wysokim wzgórzu, ukrytym wśród pasma gór Walkirii.Podobno na święto Disablót, w połowie stycznia, nad najwyższym szczytem dostrzec można kobiety na koniach przecinające niebo w szaleńczym galopie.Tyle wiosen dzierżę, w życiu nie widziałem.Walkirie walkiriami, ale to wszystko to bujda.
Myślenie przerwało donośne rżenie i kwik.Zza rogu najbliższej stajni wybiegł koń, soczyście znacząc drogę smugami krwi.Popielata sierść była pozlepiana i zakurzona.Ogon i grzywa były potargane i pełne słomy.Nad lewą łopatką zwierzęcia zaczynało się długie rozcięcie, a kończyło prawie przy łokciu.Na szyi brakowało płata skóry.Koń mimo ogromnego bólu -jak przystało na wierzchowce ze Snobergu- kłusował z gracją i lekkością.Wystarczyło, ze Einar zagwizdał, a zwierzę znalazło się przy nim.Pogładził niespokojną klacz po łbie.Przyłożył rękę do boku klaczy i nacisnął delikatnie tak, aby koń się wygiął prezentując rany.
Skóra zdarta była od ganasza, i ciągnęła się przez całą szyję wzdłuż grzebienia szyjnego.Sierść wokół odsłoniętej partii ciała była porządnie zakropiona krwią, szczęściem nie wdało się zakażenie.Na całym ciele były drobne zadrapania.Białka w oczach konia wyrażały strach.Einar pospiesznie zerknął na nogi zwierzęcia.Nie miał zbyt wiele czasu.Pęciny drżały ugięte pod ciężarem konia.Stawy były ciepłe i zwilżone potem.Zaraz upadnie.
-Szybko, dajcie tu ludzi! Zimnej wody!
Stajenni oraz kilku innych mężczyzn zbiegli się w porę.Z trudem złapali pół tonowe ciało konia.Chłopcy wyjątkowo wpuszczeni przez strażników na Plac Stajenny przynieśli zimna wodę w drewnianych wiadrach.Einar polecił im powoli wylewać ją na stawy.Unieruchomione zwierzę nie miało siły się szarpać.Trzeba było je przetransportować w jakiś sposób do jednej ze stajni.Liczę na was, chłopcy -pomyślał Einar, odchodząc od konia.
-Mistrzu, powinieneś poprawić popręg.
Niebieskie oczy wpijały się w jego twarz.Zimny wzrok zamrażał wszystko, co napotkał na swojej drodze.Einar naciągnął kołnierz wyżej, zmarszczył czoło i zamknął oczy.Cholerny dzieciak miał rację.W biegu komfort zwierzęcia i jego własne bezpieczeństwo zostały wyparte przez chęć złapania morderców.Truchła pewnie zaczynają się już palić na gigantycznym stosie.Zatrzymał konia, i zgrabnie obrócił go w przeciwstawnym kierunku.
-Zawracamy -rzucił sucho.
Mężczyźni i chłopcy ożywili się, wyrwani z zamyśleń.Jeden jedyny William nie zatrzymał konia.Chłopak miał nos i usta schowane w grubym szalu, ale wzrok krzyżował się ze wzrokiem mistrza.Gdy koń Willa był na wysokości zadu siwka, Einar dał impuls zwierzęciu, by to się cofnęło.Gdy konie otarły się o siebie, siwek odrzucił tylne nogi w tył.Gniadosz młodego chłopaka zatańczył na zadzie, i wręcz poleciał w tył, zatrzymując się na zaspie śniegu.William nie pokazywał żadnych oznak strachu czy przejęcia.Po prostu docisnął łydki do boków zwierzęcia, i to ruszyło na przód, wymijając bandę ludzi.Jeden z mężczyzn chciał zaprotestować, ale Einar uciszył go krótkim syknięciem.
-Co wiesz, synu rzeźnika, o podróżach konnych podczas zamieci śnieżnych?Co wiesz o przetrwaniu na białym pustkowiu?Co wiesz o mordercach? -rzucił za chłopakiem, cudem wydobywając głos z gardła.
Chrypę dobił śnieg, wsypujący się do krtani.Einar nie miał siły na choć jedno słowo więcej.Albo chłop zawróci teraz, albo przepadnie na zawsze.Siwek pchnięty łydkami ruszył na przód, przecinając grupę jeźdźców.Nikt więcej się nie przeciwstawiał.Einar obrócił się dyskretnie.Jednego głupca mniej.
Na Pierwszym Placu panowało wielkie poruszenie.Wszyscy krzątali się.Panował ogólny chaos.Strażnicy próbowali zatrzymać tłumy gapiów, dobijające się do bram.Dzieci skakały po dachach co niższych domów, goniąc za kotami.Psy szczekały głośno klucząc między całym tym bałaganem.Nikt nie zwracał uwagi na grupę jeźdźców, dopóki nie zmusili koni do galopu.To doprawdy irytujące.Ludzie, którzy nie usunęli się w porę, ginęli pod kopytami.Ileż to razy Einar musiał oglądać ten widok?Szczęściem strażnik ich wypatrzył.Solidne, wysokie wrota w kolorze mahoniu rozstąpiły się na tyle, by przepuścić jeźdźców jadących gęsiego.
Za bramą panowało równie duże poruszenie.Wszędzie krzątali się medycy i znachorzy, stajenni usiłowali przeprowadzać konie do innych stajni, by uniknąć paniki jeszcze większej niż ta trwająca wówczas.Strażnicy biegali to tu to tam,chrzęszcząc zbrojami, wykrzykując przekleństwa.Służki uciekały w popłochu przed biegającymi luźno wierzchowcami, niczym sarny przed wilkiem.Do Einara podszedł starszy człowiek.Chodź ma swoje lata i młodo nie wygląda, nadal jest krzepki jak młodzieniec.Przejął wodze od mężczyzny.
-Znowuż popręgu nie dopiąłeś? -pytająco stwierdził staruszek- I co z ciebie wyrośnie?
-Edwardzie, ile razy ci mówiłem, żebyś mi uwagi nie zwracał? -zsiadł z konia- Jeszcze żadnemu nic się nie stało.
Koń szarpnął głową z siłą godną byka, ale Edward utrzymał go.
-A ty co Dahili, znów mnie testujesz? -zaśmiał się- Jak źrebak, jak źrebak!
Zwierzę zarżało donośnie, stawiając uszy.Mężczyzna wraz z koniem oddalił się w stronę stajni.Einar został sam pośród generalnego chaosu.Wewnętrzne strony murów zamku Snoberg mimo swojej zimnej bieli tworzyły niewytłumaczalne ciepło, atmosferę.Wszystko było solidne i proste, bez większych zdobień.Zamek był położony na wysokim wzgórzu, ukrytym wśród pasma gór Walkirii.Podobno na święto Disablót, w połowie stycznia, nad najwyższym szczytem dostrzec można kobiety na koniach przecinające niebo w szaleńczym galopie.Tyle wiosen dzierżę, w życiu nie widziałem.Walkirie walkiriami, ale to wszystko to bujda.
Myślenie przerwało donośne rżenie i kwik.Zza rogu najbliższej stajni wybiegł koń, soczyście znacząc drogę smugami krwi.Popielata sierść była pozlepiana i zakurzona.Ogon i grzywa były potargane i pełne słomy.Nad lewą łopatką zwierzęcia zaczynało się długie rozcięcie, a kończyło prawie przy łokciu.Na szyi brakowało płata skóry.Koń mimo ogromnego bólu -jak przystało na wierzchowce ze Snobergu- kłusował z gracją i lekkością.Wystarczyło, ze Einar zagwizdał, a zwierzę znalazło się przy nim.Pogładził niespokojną klacz po łbie.Przyłożył rękę do boku klaczy i nacisnął delikatnie tak, aby koń się wygiął prezentując rany.
Skóra zdarta była od ganasza, i ciągnęła się przez całą szyję wzdłuż grzebienia szyjnego.Sierść wokół odsłoniętej partii ciała była porządnie zakropiona krwią, szczęściem nie wdało się zakażenie.Na całym ciele były drobne zadrapania.Białka w oczach konia wyrażały strach.Einar pospiesznie zerknął na nogi zwierzęcia.Nie miał zbyt wiele czasu.Pęciny drżały ugięte pod ciężarem konia.Stawy były ciepłe i zwilżone potem.Zaraz upadnie.
-Szybko, dajcie tu ludzi! Zimnej wody!
Stajenni oraz kilku innych mężczyzn zbiegli się w porę.Z trudem złapali pół tonowe ciało konia.Chłopcy wyjątkowo wpuszczeni przez strażników na Plac Stajenny przynieśli zimna wodę w drewnianych wiadrach.Einar polecił im powoli wylewać ją na stawy.Unieruchomione zwierzę nie miało siły się szarpać.Trzeba było je przetransportować w jakiś sposób do jednej ze stajni.Liczę na was, chłopcy -pomyślał Einar, odchodząc od konia.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)