niedziela, 14 września 2014

EINAR

     Koń był już porządnie spocony, mimo to nadal cwałowali przez pokryte śniegiem pola.Ślad był jeszcze świeży.Podkreślały go małe, czerwone plamki biegnące wzdłuż odcisków kopyt.Einar wraz z grupą towarzyszy gonili ich grubo ponad godzinę.Dosyć.Siwek zaczął zwalniać, unosząc wysoko głowę.Pod nogami chrzęścił śnieg.Całe ciało konia parowało, a żyły, które wypełzły na wierzch, stały się nabrzmiałe.I tak by ich nie dogonili.Nie było szans.Niedbale zapięty popręg dawał znać o sobie.Przy każdym kroku zwierzęcia siodło przesuwało się to w lewo, to w prawo, obcierając brzuch.
-Mistrzu, powinieneś poprawić popręg.
Niebieskie oczy wpijały się w jego twarz.Zimny wzrok zamrażał wszystko, co napotkał na swojej drodze.Einar naciągnął kołnierz wyżej, zmarszczył czoło i zamknął oczy.Cholerny dzieciak miał rację.W biegu komfort zwierzęcia i jego własne bezpieczeństwo zostały wyparte przez chęć złapania morderców.Truchła pewnie zaczynają się już palić na gigantycznym stosie.Zatrzymał konia, i zgrabnie obrócił go w przeciwstawnym kierunku.
-Zawracamy -rzucił sucho.
Mężczyźni i chłopcy ożywili się, wyrwani z zamyśleń.Jeden jedyny William nie zatrzymał konia.Chłopak miał nos i usta schowane w grubym szalu, ale wzrok krzyżował się ze wzrokiem mistrza.Gdy koń Willa był na wysokości zadu siwka, Einar dał impuls zwierzęciu, by to się cofnęło.Gdy konie otarły się o siebie, siwek odrzucił tylne nogi w tył.Gniadosz młodego chłopaka zatańczył na zadzie, i wręcz poleciał w tył, zatrzymując się na zaspie śniegu.William nie pokazywał żadnych oznak strachu czy przejęcia.Po prostu docisnął łydki do boków zwierzęcia, i to ruszyło na przód, wymijając bandę ludzi.Jeden z mężczyzn chciał zaprotestować, ale Einar uciszył go krótkim syknięciem.
-Co wiesz, synu rzeźnika, o podróżach konnych podczas zamieci śnieżnych?Co wiesz o przetrwaniu na białym pustkowiu?Co wiesz o mordercach? -rzucił za chłopakiem, cudem wydobywając głos z gardła.
Chrypę dobił śnieg, wsypujący się do krtani.Einar nie miał siły na choć jedno słowo więcej.Albo chłop  zawróci teraz, albo przepadnie na zawsze.Siwek pchnięty łydkami ruszył na przód, przecinając grupę jeźdźców.Nikt więcej się nie przeciwstawiał.Einar obrócił się dyskretnie.Jednego głupca mniej.
     Na Pierwszym Placu panowało wielkie poruszenie.Wszyscy krzątali się.Panował ogólny chaos.Strażnicy próbowali zatrzymać tłumy gapiów, dobijające się do bram.Dzieci skakały po dachach co niższych domów, goniąc za kotami.Psy szczekały głośno klucząc między całym tym bałaganem.Nikt nie zwracał uwagi na grupę jeźdźców, dopóki nie zmusili koni do galopu.To doprawdy irytujące.Ludzie, którzy nie usunęli się w porę, ginęli pod kopytami.Ileż to razy Einar musiał oglądać ten widok?Szczęściem strażnik ich wypatrzył.Solidne, wysokie wrota  w kolorze mahoniu rozstąpiły się na tyle, by przepuścić jeźdźców jadących gęsiego.
     Za bramą panowało równie duże poruszenie.Wszędzie krzątali się medycy i znachorzy, stajenni usiłowali przeprowadzać konie do innych stajni, by uniknąć paniki jeszcze większej niż ta trwająca wówczas.Strażnicy biegali to tu to tam,chrzęszcząc zbrojami, wykrzykując przekleństwa.Służki uciekały w popłochu przed biegającymi luźno wierzchowcami, niczym sarny przed wilkiem.Do Einara podszedł starszy człowiek.Chodź ma swoje lata i młodo nie wygląda, nadal jest krzepki jak młodzieniec.Przejął wodze od mężczyzny.
-Znowuż popręgu nie dopiąłeś? -pytająco stwierdził staruszek- I co z ciebie wyrośnie?
-Edwardzie, ile razy ci mówiłem, żebyś mi uwagi nie zwracał? -zsiadł z konia- Jeszcze żadnemu nic się nie stało.
Koń szarpnął głową z siłą godną byka, ale Edward utrzymał go.
-A ty co Dahili, znów mnie testujesz? -zaśmiał się- Jak źrebak, jak źrebak!
Zwierzę zarżało donośnie, stawiając uszy.Mężczyzna wraz z koniem oddalił się w stronę stajni.Einar został sam pośród generalnego chaosu.Wewnętrzne strony murów zamku Snoberg mimo swojej zimnej bieli tworzyły niewytłumaczalne ciepło, atmosferę.Wszystko było solidne i proste, bez większych zdobień.Zamek był położony na wysokim wzgórzu, ukrytym wśród pasma gór Walkirii.Podobno na święto Disablót, w połowie stycznia, nad najwyższym szczytem dostrzec można kobiety na koniach przecinające niebo w szaleńczym galopie.Tyle wiosen dzierżę, w życiu nie widziałem.Walkirie walkiriami, ale to wszystko to bujda.
     Myślenie przerwało donośne rżenie i kwik.Zza rogu najbliższej stajni wybiegł koń, soczyście znacząc drogę smugami krwi.Popielata sierść była pozlepiana i zakurzona.Ogon i grzywa były potargane i pełne słomy.Nad lewą łopatką zwierzęcia zaczynało się długie rozcięcie, a kończyło  prawie przy łokciu.Na szyi brakowało płata skóry.Koń mimo ogromnego bólu -jak przystało na wierzchowce ze Snobergu- kłusował z gracją i lekkością.Wystarczyło, ze Einar zagwizdał, a zwierzę znalazło się przy nim.Pogładził niespokojną klacz po łbie.Przyłożył rękę do boku klaczy i nacisnął delikatnie tak, aby koń się wygiął prezentując rany.
     Skóra zdarta była od ganasza, i ciągnęła się przez całą szyję wzdłuż grzebienia szyjnego.Sierść wokół odsłoniętej partii ciała była porządnie zakropiona krwią, szczęściem nie wdało się zakażenie.Na całym ciele były drobne zadrapania.Białka w oczach konia wyrażały strach.Einar pospiesznie zerknął na nogi zwierzęcia.Nie miał zbyt wiele czasu.Pęciny drżały ugięte pod ciężarem konia.Stawy były ciepłe i zwilżone potem.Zaraz upadnie.
-Szybko, dajcie tu ludzi! Zimnej wody!
Stajenni oraz kilku innych mężczyzn zbiegli się w porę.Z trudem złapali pół tonowe ciało konia.Chłopcy wyjątkowo wpuszczeni przez strażników na Plac Stajenny przynieśli zimna wodę w drewnianych wiadrach.Einar polecił im powoli wylewać ją na stawy.Unieruchomione zwierzę nie miało siły się szarpać.Trzeba było je przetransportować w jakiś sposób do jednej ze stajni.Liczę na was, chłopcy -pomyślał Einar, odchodząc od konia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz